niedziela, 13 lutego 2011

Wczasy u cioci, psy, radość i fochy

Musiałam na kilka dni wyjechać. Zabranie łobuzów niemożliwe. Osoba u której zwykle są - chora. Pojechały więc do osoby i domu których nie znały. W domu były 2 fretki i 2 psy. Najpierw zapoznanie z psami: Kawa i Ta-Wah miały psy głęboko w nosie (fretki tym bardziej). Wokół było mnóstwo szalenie interesujących rzeczy i psy nie zostały uznane z najciekawsze. Ursa natomiast była przerażona. Siedziała mi na rękach z wielkimi oczyma i udawała że jej nie ma. W jednym z psów chyba wzbudziła instynkty opiekuńcze bo o mało jej nie polizał co wcale jej nie uspokoiło. Pożegnałam się, wycałowałam pyszczki i wyjechałam.Wracam, wchodzę do pokoju i widzę Ta-Wah na posłaniu. Usłyszała mnie i zaczęła intensywnie węszyć. Wzięłam na ręce i tulimy się. Tymczasem usłyszała mnie Kawa i wyszła z jakiegoś zakamarka. Zostałam dokładnie obwąchana i zaczęły się radosne podskoki i zaproszenie do małych zapasów. Natomiast Ursa obraziła się na mnie śmiertelnie. Jeszcze nie widziałam takiego focha. Nie chciała do mnie przyjść na wołanie (zawsze przychodzi), uciekła mi z rąk pod lodówkę i nie chciała wyjść. Na szczęście przekupstwo smakołykiem okazało się skuteczne....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz